Miało być o sesji, miało być o dziewczynach, będzie o czym innym. Muszę przyznać, że 'przelanie na papier' moich żalów, smutków i złości wydawało się cholernie dobrym pomysłem. Tak dobrym, że sobie go podarowałem. Każdy ma dni złe, a jeśli prowadzi bloga to czuje do tego tą nieopisanią chęć cierpienia za miliony, tudzież zwrócenia na siebie uwagi.
Ani nie mam specjalnej ochoty otwierać sobie żył ( od 9 do 15, co druga pracująca sobota), ani specjalnie uwagi na siebię zwracać nie muszę (zresztą, anonimowa forma bloga w pewien fundamentalny sposób utrudnia zwrócenie uwagi na mnie).
O czym wam dzisiaj napiszę? Ano, historia dość zabawna - często zdarza mi się jeździź bez biletu. Ostatecznie, daleko na uczelnię nie mam, szanse złapania są małe. Ale nie zerowe, o czym się dziś przekonałem.
Tramwaj, godzina mniej więcej dziewiąta. Dwa przystanki do mojej 'stacji docelowej'. Poczucie szcześcia, że 'znów mi się udało' szybko ustępuje gdy w drzwiach dostrzegam dwóch panów, oślepiajacych pasażerów blaskiem trzech śnieżnobiałych pasów, zdobiących stylowe kurteczki. Panów, których pełne niuezrozumienia spojrzenia ustępowały profesjonalizmem jedynie mieszkańcom zoo.
Zbyt późno ich dojrzałem - podeszli zanim tramwaj zatrzymał się na następnym przystanku. Trudno mi opisać co nastąpiło potem, dowiedziałem się jednak dwóch ważnych rzeczy:: po pierwsze, bieg przez tramwaj, a później jeszcze kilkaset metrów jest bardzo taksujący dla zdrowia i po drugie, czasem opłaca sie kupić bilet.
Hmmm, to tyle na dziś. Wstep do prawoznawstwa nie nauczy się sam, a pisanie bloga to nienajlepsze wytłumaczenia braku wiedzy. Do usłyszenia!

